Waldemar Mazur: PiS-u pomysły na maluchy

Waldemar MazurPiszę te słowa, a moja niespełna trzyletnia córka siedzi obok i bawi się klockami. Za chwilę pewnie straci nimi zainteresowanie, a ja podejmę wówczas próbę przerzucenia jej uwagi na bajki w TV. Jeśli będzie leciała akurat Świnka Peppa albo Małe Królestwo Bena i Holly, ewentualnie Masza i Niedźwiedź, otrzymam jeszcze jakieś 15, może 20 minut na pracę. Pracę w warunkach mało sprzyjających, obok włączonego telewizora, ale jednak. Lepsze to niż nic. Nie utyskuję nad swoim losem, nie mam najgorzej. Wykonuję tzw. wolny zawód, czyli mogę sobie pozwolić, by zaległości nadrabiać w weekendy i święta, a gdy trzeba, to i nocami. Nie chcę nawet myśleć, jak by to wyglądało, gdybym pracował tak jak moja żona, czyli tradycyjnie, na etacie. Choć nie, wówczas bym nie pracował. No bo kiedy.

Utyskiwać nie powinienem też z innego powodu. Od przeszło pół roku rządzi u nas Prawo i Sprawiedliwość, partia, która rodzinę uznaje za wartość najwyższą. To w końcu kwestiom rodzinnym poświęciła lwią część wyborczych obietnic, a ja przecież współtworzę młodą rodzinę. Tyle że gdzieś coś najwyraźniej się nie zgrało.

Jak dzieci migrowały po klasach

Zaczęło się od naprawiania „złych” reform, które wprowadziła wcześniejsza władza. A najbardziej złe ze złych, obok podniesienia wieku emerytalnego, było wysłanie do pierwszych klas sześciolatków. Jakie to słowa wówczas nie padały! Że to okradanie maluchów z dzieciństwa, że znęcanie się, a któraś z polityczek PiS mówiła nawet przed kamerami o zabieraniu dzieci z domów. Zupełnie jakby to policja miała te biedne sześciolatki siłą do szkół odprowadzać, a rodzice mieli ich więcej już nie ujrzeć na oczy. Nie będę rozpisywał się nad tym, dlaczego sześciolatki nadają się do szkół, dlaczego pięciolatki dają sobie radę w zerówkach, i dlaczego dziecko powinno szybko wejść w grupę rówieśniczą – inni, mądrzejsi i bardziej kompetentni, opisali to dawno temu lepiej niż ja bym teraz potrafił. Mnie w zasadzie wystarczy jeden argument: nic nie sprawia mojej córce takiej frajdy jak zabawa z innymi dziećmi. Choćbym stawał na rzęsach, nigdy nie dorównam Gabrysiowi, Lenie i reszcie ferajny z mojego sąsiedztwa. Jest to dowód potwierdzony empirycznie, w dodatku przeze mnie samego. Nie potrzebowałem do tego opracowań naukowych ani opinii ekspertów. A że ktoś powie, że pierwsza klasa dla sześciolatka ma być urządzona inaczej niż dla siedmiolatka? No to ją tak urządźmy, zmodyfikujmy program nauczania początkowego, wprowadźmy więcej edukacji poprzez zabawę. Zresztą ponoć takie zmiany poczyniono, wydając na to setki milionów złotych. Dlatego liczyłem, że gdy tylko pojawi się taka możliwość, wyślę córkę do przedszkola. Ale miałem pecha. Spośród wielu wyborczych obietnic, PiS uparło się, że zrealizują akurat tę dotyczącą sześciolatków.

Wyjaśnijmy jednak najpierw skąd to zamieszanie, dlaczego akurat dla trzylatków zabrakło miejsc w przedszkolach, skoro to wcale nie im „odzyskiwano dzieciństwo”? Po pierwsze, przedszkoli w Polsce jest za mało. I to wina wszystkich rządzących w Polsce po ’89, nie tylko PiS-u. Jakoś tak się złożyło, że każdy kolejny rząd miał inne, ważniejsze priorytety niż wspieranie młodych rodziców. Coś z tym brakiem miejsc w przedszkolach na większą skalę zaczęła robić Platforma Obywatelska. Złośliwi powiedzą, że wciąż nie postawili na budowanie żłobków i przedszkoli (bo nie postawili), a bardziej niż losem maluchów zainteresowani byli szybszym wprowadzeniem na rynek pracy potencjalnych płatników. To, jakie były ich główne motywacje, nie jest teraz istotne. Istotne jest to, że w bólach, nie wystrzegając się błędów, ale jednak, PO obniżyła wiek szkolny, a tym samym niejako i przedszkolny. Czym to skutkowało? Choć wciąż obowiązek przedszkolny dotyczy u nas wyłącznie pięciolatków, to gdy do szkół zaczęły trafiać sześciolatki, nagle zrobiło się w przedszkolach miejsce dla cztero-, a nawet trzylatków. Trwało to krótko, ale rodzice zdążyli się przyzwyczaić. Wiem, że nie byłem jedynym, który jeszcze w 2015 r. był przekonany, że już niebawem bez problemów pośle swoją pociechę do przedszkola. Bo przecież nawet jeśli PiS groziło, że od tej reformy odstąpi, to przecież nikt nie zakładał, że zrobi to tak gwałtownie, nieprzemyślanie, pozostawiając rodziców na lodzie. A jednak.

Za sprawą negatywnej kampanii, jaką przy wsparciu PiS rozpętano wokół sześciolatków w szkołach, ale też za sprawą nieudolności Platformy, która zrobiła wiele, by rodziców do swojej reformy nie przekonać, już w tym roku większość z nich decyduje się pozostawić swoje pociechy w zerówkach na drugi rok (szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach). Tym samym blokują one miejsca rocznikom młodszym w zerówkach, a te – jeszcze młodszym w przedszkolach. Na końcu pozostają trzylatki i ich rodzice, na ławce rezerwowych. Ale to oczywiście nie tylko wina negatywnej kampanii PiS-u czy niekompetencji rodziców, którzy skazują swoje dzieci na powtarzanie zerówek. Ja tych rodziców nawet po części rozumiem. Postawmy się w sytuacji ojca czy matki, którzy z trudem wiążą koniec z końcem, urabiają się po łokcie, a i tak nie mają czasu dla dzieci. A przecież wysłanie dziecka do szkoły to spore przedsięwzięcie, wymagające nie tylko nakładów finansowych, ale i związane z tym, że po lekcjach trzeba będzie z tym dzieckiem jeszcze trochę popracować. Odroczenie tego o rok, kiedy to a nuż będzie lepiej, musi być kuszące.

Nadzieja rodzica umiera ostatnia

Rzecz jasna nie jest tak, że w przedszkolach całkowicie zaniechano rekrutacji trzylatków. Szczęśliwcy zostaną przyjęci. Wystarczy spełnić kilka kryteriów i „pokonać” konkurencję, a ta w tym roku jest spora. Ja podjąłem próbę zapisania córki do czterech przedszkoli w niespełna trzydziestotysięcznym mieście (znajomy rekordzista złożył wnioski do dziewięciu placówek). Najpierw dowiedziałem się, że w żadnym z nich nie przewiduje się przyjęcia większej liczby maluchów niż ośmioro – i nie mówię wyłącznie o trzylatkach, ale o dzieciach ze wszystkich roczników. Czyli miejsc jest niewiele, w przeciwieństwie do chętnych. Składając wnioski w przedostatni dzień rekrutacji otrzymałem kolejno numery 74, 76, 86 i 91. Gdy wychodziłem z gabinetów dyrekcji w kolejnych przedszkolach w kolejkach ustawiali się już następni rodzice. Z troski o własną kondycję psychiczną nie dociekałem już, ile ostatecznie dzieci przypadało na jedno miejsce. Za to w jednym z przedszkoli pani widząc mój wniosek rzuciła: „że też panu się chce”. Bo sam proces rekrutacji to też ciekawa sprawa.

Pomijając rzeczy oczywiste i ze wszech miar słuszne, jak chociażby faworyzowanie dzieci wychowywanych przez samotnych rodziców i priorytetowe przyjmowanie dzieci starszych, są i kryteria dość wątpliwe. Po pierwsze dodatkowe punkty otrzymują dzieci, których rodzeństwo uczęszcza już do danego przedszkola. Dlaczego dyskryminowane są dzieci pierwsze i jedynacy, nikt nie potrafił mi wyjaśnić. Drugim istotnym kryterium jest zatrudnienie rodziców. Milej widziane w przedszkolach są te dzieci, których rodzice pracują, co jest wymogiem chyba najbardziej nieżyciowym. Wielu rodziców, których znam, moment powrotu do życia zawodowego wiąże właśnie z wysłaniem dziecka do przedszkola. Nie pracują, bo nie mogą umieścić dziecka w przedszkolu, a miejsca tam dla niego nie dostają, bo nie pracują. Błędne koło.

W co gra PiS?

Najprościej byłoby powiedzieć, że minister Anna Zalewska jest niekompetentna, a platformerską reformę wycofywała w sposób nieodpowiedzialny. Dodajmy do tego jeszcze błędne przeświadczenie rządzących, że stanowisko forsowane przez rodzinę Elbanowskich (to prowadzone przez nich fundacja i stowarzyszenie zainicjowały kampanię “Ratujmy maluchy”) popiera większość społeczeństwa, i wiemy już skąd dramat trzylatków, a raczej ich rodziców. Tyle że prawdziwa może być też inna opcja.

Rząd PiS nie popełnił błędu, a jedynie realizuje wcześniej założony wielopoziomowy plan. Plan mający na celu zatrzymanie zmian cywilizacyjnych, które u nas się dokonują, uczynienie z Polski kraju konserwatywnego w najgorszym rozumieniu tego słowa, gdzie istotny składnik idealnego modelu rodziny stanowiłyby niewyedukowane dzieci i niepracujące kobiety. Brzmi mało wiarygodnie? Nie, kiedy spojrzymy na poczynania rządu w szerszej perspektywie. Wymuszenie pozostania przedszkolaków w domach, zniechęcenie za sprawą programu „Rodzina 500+” części rodziców do podejmowania pracy, wątpliwe pomysły na reformowanie gimnazjów, szkół średnich i uczelni wyższych, czy wreszcie izolacjonizm praktykowany przez polski rząd na arenie międzynarodowej i obrzydzanie europejskich wartości społeczeństwu, tworzą bardziej kompleksowy obraz. Obraz, który musi budzić niepokój.

Tego, która z powyższych opcji jest prawdziwa, najpewniej dowiodą najbliższe miesiące. Minister Zalewska nie miała bowiem śmiałości, by wycofać w całości zmiany zaproponowane przez PO, w tym m.in. nałożenie od 2017 r. obowiązku przedszkolnego na cztero- i trzylatki. Przedszkola nie powstają, a zatem, skoro w tym roku dla dzieci ze wszystkich roczników zabrakło miejsc, to zabraknie ich i w przyszłym. Jeśli PiS ten obowiązek przedszkolny zniesie, będziemy mieć niezbity dowód, że oto na naszych oczach realizowany jest bardzo ponury projekt cywilizacyjny. Opieka przedszkolna, tak samo zresztą jak urlopy macierzyńskie, wolne weekendy, bezpłatna edukacja i wiele innych, to zdobycze cywilizacyjne wywalczone przez socjaldemokrację w XX wieku. W Polsce po ‘89, wielokrotnie z problemami i w tempie mocno niezadowalającym, ale jednak zmierzaliśmy w kierunku mającym zapewniać owe zdobycze społeczeństwu. PiS może stać się pierwszą władzą, która w tak otwarty sposób obierze calkowicie przeciwny kurs. Oczywiście nie wykluczamy tego, że obowiązek przedszkolny dla trzylatków zostanie utrzymany. Wówczas dzieci będą upychane po placówkach w przeludnionych grupach, a my otrzymamy dowód skrajnej niekompetencji i nieodpowiedzialności rządzących. Sami wybierzcie, która opcja jest gorsza.

Waldemar Mazur, członek zarządu Okręgu Wrocławskiego Partii Razem

SHARE IT: Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit Email

Comments are closed.