Waldemar Mazur: Idą brunatni, czyli Kaczyński podążający śladem Gomułki

Waldemar Mazur

Waldemar Mazur

Czy rok 2017 upłynie w Polsce pod znakiem rasistowskich ekscesów? Niestety, wiele na to wskazuje. Po zajściu, jakie miało miejsce w noc sylwestrową w Ełku, w efekcie którego śmierć poniósł 21-latek, przez kraj przechodzą kolejne akty agresji o podłożu rasistowskim. Na Dolnym Śląsku nie jest inaczej. W Lubinie w ostatnich godzinach trwania 2016 roku zdemolowano lokal gastronomiczny prowadzony przez Hindusów; w poniedziałek 2 stycznia we Wrocławiu wybito szybę w restauracji prowadzonej przez Kurda; we wtorek w Legnicy pobito obywatela Bangladeszu; z kolei ponownie we Wrocławiu, w nocy z wtorku na środę, usiłowano podpalić lokal prowadzony przez Egipcjanina. A ta smutna wyliczanka to przecież efekt zajść zaledwie z ostatniej chwili. Coś spontanicznego, niezorganizowanego. Jeszcze. Wiele wskazuje, że po serii napaści o charakterze słownym (jak chociażby przemówienie ex-księdza Jacka Międlara podczas ostatniego marszu tzw. prawdziwych patriotów) i symbolicznym (m.in. spalenie kukły Żyda na wrocławskim Rynku przez Piotra Rybaka w listopadzie 2015 r.), nadszedł czas także na akty agresji już czysto fizyczne.

I one nie powinny zaskakiwać. Analizując sytuacją na chłodno, zdają się być jedynie logicznym skutkiem działań, które do tej pory podejmowali rządzący, zarówno ci na szczeblu ogólnokrajowym, jak i władze samorządowe. Cała seria zaniechań wobec zachowań ewidentnie ksenofobicznych czy rasistowskich, wmawianie ludziom że nacjonalizm to patriotyzm, przekłamania na polu polityki historycznej, deptanie wszelkich możliwych autorytetów, milczące przyzwolenie, a niekiedy wręcz popieranie działań homofobicznych czy wreszcie powszechne zobojętnienie na jawne i bezczelne kłamstwa w sprawach nawet najbardziej oczywistych, to wszystko musiało zakończyć się rozbudzeniem drzemiących w społeczeństwie demonów. Tych samych, które hulały po Polsce w latach 30. ubiegłego stulecia, kiedy to na łamach jednego z najpoczytniejszych wówczas tygodników w II RP – „Prosto z mostu” – Stanisław Piasecki mógł otwarcie pisać o rozwiązaniu kwestii żydowskiej w taki sposób, by zawstydzić nawet Hitlera. Albo tych, które niosły w roku 1968 peerelowską wierchuszkę, w niemniej podłym szczuciu społeczeństwa na obywateli pochodzenia żydowskiego. To był ten sam język, jakim posługuje się obecna internetowa publicystyka, tak samo przesycony nienawiścią, choć może wówczas przybrany był w nieco bardziej literackie szaty. Okładki współczesnego tygodnika „wSieci” są w równy sposób hańbiące, co rasistowskie i antysemickie karykatury zamieszczane w prasie narodowej w Międzywojniu. Wypowiedź ministra Błaszczaka, praktycznie jawne przyzwolenie czy usprawiedliwienie możliwego linczu, to nic innego jak nawiązanie – wypada wierzyć, że nieświadome – do wystąpienia Władysława Gomułki z czerwca 1967 r. Wówczas I Sekretarz KC PZPR „wypraszał” z Polski Ludowej obywateli pochodzenia żydowskiego, obecny minister spraw wewnętrznych pokazuje drogę prowadzącą do wyjścia obywatelom pochodzenia arabskiego. Ale nie tylko im. Niechęć wobec nieco już mitycznego Araba-islamisty-terrorysty (te pojęcia stają się nierozerwalnymi synaonimami) przeobraża się w prymitywną kampanię nienawiści wymierzoną już praktycznie w każdego Obcego. Każdego kto w sposób najbardziej rzucający się w oczy, czyli poprzez ciemniejsz odcień skóry, może odstępować od narodowej słowiańskiej normy. I najmniejszego znaczenia nie ma, że ten Obcy niekiedy mieszka w Polsce od lat 70. czy 80. ubiegłego wieku, nierzadko posługuje się nienaganną polszczyzną, założył tu rodzinę, pierwszym językiem jego dzieci jest język polski, płaci u nas uczciwie podatki, dorzucając się do naszych emerytur, ubezpieczeń zdrowotnych czy remontu dróg. Nieistotnym jest też fakt, że podobnie jak ofiary trzech aktów agresji, o których wspominałem na początku – Hindus, Kurd i Banglijczyk – nie byli Arabami. To nie ma znaczenia, istotnym jest że są „ciapaci”, że łatwo ich inność dostrzec na ulicy.

Ktoś stwierdzi, że porównywanie Błaszczaka, a może raczej Jarosława Kaczyńskiego (który ma w dorobku obrzydliwe zarzucanie uchodźcom roznoszenia bakterii i pasożytów – przed II wojną światową Żydom polscy faszyści zarzucali roznoszenie wesz i tyfusu) do Władysława Gomułki, jest przesadą? Zachęcam zatem do małej powtórki z historii i przypomnienia sobie, komu wówczas, w drugiej połowie lat 60., starał się przypochlebić I Sekretarz KC PZPR. Rzecz jasna tzw. moczarowcom, czyli pezeeperowskiej skrajnej prawicy skupionej głównie wokół Stowarzyszenia “PAX”. Błaszczak, a w zasadzie cały PiS, od wielu lat wdaje się we flirt ze współczesnymi ruchami faszyzującymi, jak ONR czy Młodzież Wszechpolska.

Różnica pomiędzy wtedy a teraz jest w zasadzie jedna. Wówczas nienawidzono Żyda, teraz na celowniku znalazł się Arab. Oczywiście w razie potrzeby będzie go można w każdej chwili zamienić na geja, Ukraińca czy innego lewaka. Obcych ci u nas dostatek.

Szukając dalszych analogii pomiędzy działaniami PiS a PZPR warto zwrócić uwagę także na kontekst geopolityczny. Tak jak i teraz, wówczas mieliśmy do czynienia z eskalacją konfliktów na Półwyspie Arabskim, w które zaangażowana była Rosja (ZSRR) i kraje bloku Zachodniego. Obecnie mamy krwawą wojnę w Syrii i konwulsyjnie podrygujący od wybuchów kolejnych bomb Irak, wówczas byliśmy tuż po tzw. wojnie sześciodniowej pomiędzy Syrią a Izraelem. I ponownie różnice są zaledwie kosmetyczne. Wtedy politykę Sowietów rządzący Polską Ludową wspierali otwarcie, dzisiaj włodarze Rzeczpospolitej, choć grają w tej samej drużynie co Władimir Putin, nie mówią o tym wprost.

Jak skończyły się rasistowskie harce Gomułki w roku 1968 nie trzeba chyba nikomu przypominać. Polska utraciła wybitnych obywateli, mieliśmy do czynienia z dramatami wielu rozdzielonych rodzin, a ówczesne utrwalenie antysemickich czy rasistowskich zachowań odbija się w naszym społeczeństwie czkawką po dziś dzień. Ale odgrzewanie tych samych nastrojów w drugiej dekadzie XXI wieku może być jeszcze bardziej opłakane w skutkach. Wbrew temu co twierdzą prawicowi publicyści, nie ma powrotu do państw sensu stricte narodowych. Ludzi na świecie jest coraz więcej, kapitał dzielony jest w sposób skandalicznie nierównomierny, stąd migracja, choćby ta ekonomiczna, może jedynie przybierać na sile. Intensyfikują się także konflikty zbrojne, które dodatkowo niebezpiecznie przybliżają się do naszych granic. Czy nam się to podoba czy nie, czasy Polski jednolitej narodowo powoli odchodzą do lamusa. Politycy rozsądni, myślący o dobrze kraju w perspektywie długofalowej, nie kalkulujący jedynie pod kątem najbliższej kampanii, winni zdać sobie z tego sprawę. Powinni zrozumieć, że to czego Polsce potrzeba, to możliwie jak najlepsze przygotowanie społeczeństwa na nadchodzące zmiany, nauka tolerancji. Rząd Prawa i Sprawiedliwości, jeśli chciałby by Polska teraz, ale też za dekadę czy dwie była krajem stabilnym, bezpiecznym i przyjaznym obywatelom, powinien gasić wszelkie możliwe pożary jakie wybuchają na tle konfliktów rasowych czy narodowych. Niestety, polityka PiS-u jest zgoła odmienna. Zamiast gaszenia pożarów mamy do czynienia z ich podsycaniem. Zamiast nauki tolerancji mamy do czynienia ze wzmacnianiem organizacji faszystowskich. Trudno w obecnych czasach pozostawać optymistą. Nie sposób nie dostrzegać, że jeśli rządzący Polską nie zmienią obranego kursu, zmierzamy do pewnej katastrofy.

SHARE IT: Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit Email

Comments are closed.