Roland Zarzycki: Nie znęcajmy się nad Ryszardem

Roland Zarzycki

Roland Zarzycki

Od przeszło roku Cezary Morawski usiłuje nam zakomunikować, że kompetencje, wizja i poziom artystyczny nie mają znaczenia przy obsadzaniu stanowisk dyrektorskich
w publicznych instytucjach kultury. Na własnym przykładzie dowodzi, że decyzje takie nie mają również jakiegokolwiek związku z dobrymi obyczajami, godnością osobistą
i krytyką środowiska. Symbolicznym ukoronowaniem tego manifestu staje się wreszcie obsadzenie samego siebie w roli Ryszarda III i obnażenie głębokich braków własnego warsztatu aktorskiego. I ten właśnie szekspirowski akt skrajnego nepotyzmu faktycznie skłania do refleksji nad niesprawiedliwością, jaką usłana jest droga kariery Morawskiego.

Obecny dyrektor wrocławskiego Teatru Polskiego jest postacią zaprawdę tragiczną. Od samego początku Morawski próbuje działać zgodnie ze sprawdzoną i skuteczną w nadwiślańskim kraju receptą. Dobrze trzyma z władzą – a to już zwykle połowa sukcesu. Jest zwarty i gotowy do działania, nastawiony konstruktywnie i deklarujący pełne oddanie sprawie – jakie to budujące! Co więcej, potrafi sam siebie przekonać, że to wszystko ma sens – jakie to autentyczne! No dobrze, może brak mu kompetencji, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? W samym tylko Wrocławiu mamy pokaźną masę dyrektorską, która zdobyła swe posady wyłącznie w oparciu o koligacje polityczne, a której nikt z tego powodu nie prześladuje. Skąd więc bierze się niedola Morawskiego, który zrobił wszystko „po bożemu”, a mimo tego pozostaje obiektem zapiekłych ataków opinii publicznej i lokalnych mediów?

Sam zastanawiam się, czego my chcemy od tego poczciwiny? Od kiedy pamiętam wszelkie głosy sprzeciwu wobec rozdawania pieniędzy na kulturę po kluczu osobistych sympatii były we Wrocławiu marginalizowane. Nikt nigdy nie wyciągał we Wrocławiu konsekwencji ze stwierdzonych przez Najwyższą Izbę Kontroli nieprawidłowości przy budowie i użytkowaniu Stadion Miejskiego, z nielegalnego finansowania kampanii wyborczych bliskich współpracowników Dutkiewicza, ani uwikłania prezydenckiej świty w słynną współpracę z Dynamicomem. Kilkuset milionów złotych wydanych na Europejską Stolicy Kultury nikt z zewnątrz nawet nie próbuje poddać audytowi. Stołki dyrektorskie zwykle – jakimś dziwnym trafem – przypadały tym, którzy pracowali na dobre imię i markę prezydenta Dutkiewicza. Zresztą nie przypominam sobie także jakichś większych lamentów, gdy dyrektorami zostawali karierowicze pokroju Morawskiego. Czemu więc teraz, nagle wszyscy pastwią się nad Ryszardem III?

Jeśli bez emocji przeanalizować fakty, sytuacja w Teatrze Polskim wygląda tak, jak wygląda, w konsekwencji decyzji, jakie podjął Zarząd Województwa Dolnośląskiego. Podobno umowę skonstruowano tak, że usunięcie Morawskiego graniczy z niemożliwością. Dlaczego żaden z członków zarządu województwa nie podejmuje zdecydowanej interwencji? A jeśli to niemożliwe, to dlaczego jeszcze nie podali się dymisji? Nazwiska osób, o których tu mowa, łatwo znaleźć w sieci. Pytam więc, dlaczego ciągle ten Morawski? I dlaczego Ryszarda III nie zagra Jurek Michalak?

Umiem sformułować co najmniej dwa powody takiego stanu rzeczy. Po pierwsze Morawski nie dopieścił w dostatecznym stopniu lokalnych liderów opinii publicznej. Gdyby poszedł na korepetycje do wrocławskiego magistratu, to wiedziałby bardzo dobrze, że jedną z najważniejszych rzeczy jest znalezienie legalnych sposobów na przekazanie mienia publicznego krytykom –  środki na realizację projektów, stanowiska, wykupienie reklam czy usług to metody działające jak balsam nawet na najbardziej zajadłych. Lekcja numer dwa, to prawdziwe, ale jednocześnie dobrze podkręcone statystyki, na które zawsze miło się powołać w newralgicznym momencie. Jak je konstruować, można nauczyć się na przykład od biura Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Trzecia prosta i użyteczna praktyka to prezentowanie biletów na wydarzenia kolegom, koleżankom, podwładnym (oczywiście nie ze swoich pieniędzy, tylko z kasy publicznej), którzy ochoczo zapełnią widownię, jak to wielokrotnie praktykowano na wrocławskim Stadionie Miejskim. Sprawdzonych technik zarządczych opracowano zresztą więcej. Wygląda więc na to, że Morawski po prostu nie odrobił zadań domowych z propagandy sukcesu.

Ale jest też drugi powód. Atak na Morawskiego to listek figowy – by nie powiedzieć obsceniczny suplement – którego wszyscy potrzebujemy. Potrzebujemy kozła ofiarnego, którego możemy rytualnie nękać, by udowodnić wszystkim, że w naszym mieście nie ma przyzwolenia na kolesiostwo i układy. Oczywiście Morawski na to zasłużył, tylko czy jego ewentualne odejście cokolwiek zmieni? Chyba tylko tyle, że jeszcze głębiej osiądziemy w koleinach nepotyzmu i samozadowolenia.

SHARE IT: Facebook Twitter Pinterest Google Plus StumbleUpon Reddit Email

Comments are closed.